Trochę…

…się pozmieniało i tutaj (jak widać) i w moim życiu. Co do pierwszego – niestety jak możecie naocznie stwierdzić jest nowy szablon, który mnie nie zachwyca. Jest, ponieważ to jedyny szablon na całym blog.pl, który (dzięki mojemu małemu kombinatorstwu) wyświetla moją biblioteczkę z serwisu lubimyczytac.pl Od dzisiaj po prawej stronie, w panelu bocznym widzicie ostatnie cztery pozycje, które: przeczytałam, chcę przeczytać i czytam. Nie sugerujcie się tylko tym ostatnim – leżą na tej wirtualnej półce książki, na których utknęłam. Wiąże się to ściśle z moimi długaśnymi nieobecnościami tutaj – zawsze możecie sobie zerknąć co akurat czytam, nawet jeśli nie ma notatki. I tutaj przechodzimy do drugiego punktu. Nie ma mnie tutaj za często i nie wiem czy będę. Chciałabym pisać raz w miesiącu, ale jak widać nie zawsze to wychodzi. Teraz, podczas roku akademickiego nie jestem w stanie wyrobić się z notatkami. Niestety leń dopadł mnie w trakcie wakacji i przez to nie uświadczyliście recenzji Szubienicznika. Może jeszcze wrócę do tego pomysłu.

A co poza tym? Poza tym będę się chwalić :D Aktualnie pracuję sobie nad (i w) czymś takim: 
http://www.kns.inib.uj.edu.pl/publikacje/ibinacja
 i zarówno raczkuję w webmasterowaniu całej owej witryny Koła. Jako że uparłam się także na wyrobieniu się ze wszystkimi pracami semestralnymi przed świętami Bożego Narodzenia, to możecie sobie wyobrazić jak dużo mam pracy (i dlatego na przykład spędzam bezsensowne godziny na facebooku… :D). Ale i tak muszę przyznać, że zrobiłam się bardziej kujonowata w tym roku. Mam już tak dużo wypożyczeń z Biblioteki Jagiellońskiej, że na spokojnie nadrabiam wypożyczanie za całe trzy lata. Oczywiście korzystam także z biblioteki Krowoderskiej i to jest podstawowym problemem z moim czytaniem literatury powszechnej – nie wyrabiam się! Mimo wszystko lista książek „do przeczytania” zmniejsza się – powolutku, ale zawsze coś! Co prawda nie biorę pod uwagę tego, że kolejna 4 stronicowa lista jest już gotowa i czeka tylko na wykończenie obecnej…

Co zdążyłam przeczytać od tamtego wpisu o Igrzyskach Śmierci? O mamo, nawet nie pytajcie. W skrócie, starałam się trochę przebrnąć przez paranormal romance poszukując jakiejś perełki. Definitywnie NIE. Koszmarnym był fakt, że zaczęłam się powoli przyzwyczajać do tego rodzaju fabuły… Czyli jednym słowem – da się wpaść w każde bagno. Trafiło mi się kilka książek z fantastyki z wyższej półki, dzięki temu poznałam Jadowską, przeczytałam wspomnianego już „Szubienicznika”, zahaczyłam o „Miasto Kości”.

Jeśli chodzi o „Złodzieja dusz” jest to dobra pozycja, choć momentami nieco naiwna jeśli chodzi o relację Dory z przyjaciółmi: aniołem i diabłem. Cóż, w sumie już sam dobór bohaterów i napakowanie tylu paranormalnych istot do jednego worka zalatuje lekko kiczem. Jadowska poradziła sobie z takim nawałem, ale może właśnie z tego powodu nie powiem by książka była aż tak dobra.

W skrócie o „Szubieniczniku”? Bardzo dobry! Nie lubię Piekary, mam do niego osobistą awersję, bo nie stawia się na spotkania, a ja nie lubię ludzi nieodpowiedzialnych :D Dlatego też nie sięgam po jego książki, lecz kiedy nie zna się Komudy a ma się ochotę na coś z potężnym staropolskim akcentem…? Tak trafiłam na „Szubienicznika”, w sumie dość trudno byłoby na niego nie trafić – półki w Empiku były nim wypakowane do maksimum. Niestety nikt Was nie uprzedzi, że książka jest pierwszą częścią cyklu, który ma powstać. Słyszałam już plotki, że nie powstanie, podobno pan Piekara nie tylko nie lubi nie przychodzić na spotkania, nie lubi także kończyć spraw otwartych :D To denerwujące, bo książka kończy się niespodziewanie i mało szlag mnie nie trafił jak zobaczyłam napis „koniec części pierwszej”. Ale mimo to polecam, nawet gdybyście mieli czekać na to tyle czasu co na kolejną książkę G. R. R. Martina. Historia opleciona jest gawędą i zbaczanie z głównego toru opowieści jest tutaj nadmiernie powszechne. Jeśli ktoś czyta dla samej przyjemności czytania czegoś staropolskiego – na pewno się w tym odnajdzie. W przeciwnym razie czytelnik mniej cierpliwy będzie chciał rzucić książką o ścianę.

Przeczytałam Miasto Kości, lecz nie zdążyłam z końcówką przed tym jak poszłam na film. Wszystko dlatego, że wybranie się do kina było bardzo, bardzo spontaniczne. Bardzo. Książka jest dużo lepsza od filmu (wiem, Captain Obvious ze mnie). Film był dopracowany w szczegółach i widać było, że bardzo się starali by był jak najciekawszy dla nastolatków, ale cóż… no spieprzyli sprawę. Ogółem było trochę za dziecinnie, był on skierowany szczególnie do młodszej części widowni, tych młodszych nastolatków. Poza tym sceny były bardzo naiwne. No i najgorsze: czasami pojawiały się sceny, które w zamierzeniu miały być pełne dramatyzmu lub powagi, a wyszły, no cóż… śmiesznie. Zastanawiałam się czy płakać czy się śmiać. Miałam wrażenie, że twórcy trochę sami z siebie żartują. Tylko w jakim celu? W takim filmie nie miało to żadnego sensu. Wyszłam z kina z mieszanymi uczuciami. Najbardziej nie podobała mi się końcówka, gdzie zostało nadmiernie namieszane. Jeśli chodzi o dobór aktorów to najbardziej nie mogłam przeżyć Isabelle, która była okropna z wyglądu i niewiele moim zdaniem miała wspólnego z pierwowzorem. Byłam tez dość zniesmaczona bardzo dziwnym, głupkowatym pomysłem kazirodczego związku, który nie jest kazirodczym związkiem… No ale dobrze może tyle o Darach Anioła – w ramach podsumowania mogę stwierdzić, że kolejne części zarazem książki jak i filmu mnie nie interesują w najbliższej przyszłości.

Przeczytałam także „Trudny wybór” Rowling i jestem zawiedziona. Książka jako bardzo szczegółowy opis społeczeństwa, procesów jakie w nim zachodzą jest bardzo ciekawa. Jako pozycja troszkę bardziej beletrystyczna jest napisana zbyt szczegółowo. Poza tym kto wydaje książkę o objętości około 600 stron (z tego co pamiętam) wydana czcionką 10? Serio? Chcieliście żebym oślepła? Pozdrowienia także dla tłumacza – idiotycznie przetłumaczony tytuł, który przestał mieć cokolwiek wspólnego z zawartością.

Nie będę przytaczać Wam wszystkiego co przeczytałam od września (dopiero omówiliśmy sierpień i to nie cały :D) powiem tylko, że oprócz fantastyki na którą poluję, bo zwykle trzeba się naczekać w kolejce, czytam trochę literatury współczesnej. Marzę też o tym by znaleźć czas na powieści awanturnicze, na które mam chrapkę. Wracając jeszcze na moment do fantastyki mogę wspomnieć, że nadrabiam ostatnio Pratchetta. A to znowu wiąże się z czymś nowym w moim życiu – grami planszowymi.

Jeszcze parę miesięcy temu byłam na tyle niedouczona, że myślałam, że gry planszowe składają się z przeróżnych odmian chińczyka i warcrafta. Na tym moja znajomość się skończyła póki nie wpadłam na jeden z kanałów na YouTube Board Game Girl z recenzjami gier. I tak wsiąkłam. Co prawda na razie jestem początkującym, odkrywającym nowe tereny graczem, ale mogę się pochwalić zakupem pierwszych gier. Najpierwszą z nich była „Świat Dysku: Wiedźmy”, której do tej pory nie otrzymałam z powodu małych problemów z drukarnią – kto czeka na tę grę wie o co chodzi. Następną grą była „Kolejka”, która nie tylko odnowiła moją fascynację życiem codziennym w czasach PRL-u ale także pokazała mi nowe możliwości gier planszowych. Byłam zaskoczona, że gry planszowe kształtują m.in. logiczne myślenie. Do tej pory myślałam, że przyjemność taką znajdę wyłącznie w rozwiązywaniu zadań z matematyki (jeśli ktoś myśli, że to ironia, to nie – Ci co znają mnie lepiej wiedzą, jak bardzo kocham rozwiązywać zadania z matmy). Ostatnio na Targach Książki zakupiłam grę „Drako”. Polecam Wam ją ponad wszystko! Myślałam, że jak zapłacę dość niską cenę (jak na grę planszową) i to za grę polskiej produkcji to otrzymam coś mało szczególnego. Wręcz przeciwnie! Plansza, pionki – cała zawartość jest bardzo szczegółowo dopracowana, a rozgrywki są nieprawdopodobnie trudne. Grałam już kilkanaście razy i dopiero dwa razy udało mi się wygrać. Bardzo niewiele brakowało bym przegrała. Jak macie niepotrzebne 80 zł to nie wiem nad czym się zastanawiacie! ;)

Jeśli chodzi zaś o same Targi Książki to byłam tam stosunkowo niedługo zakupiłam wyżej wspomnianą „Drako” oraz w moim ulubionym Vesperze  dwie kolejne części Flawii de Luce. Wiem, wiem, ostatnia Flawia uświadomiła mi, że jestem za stara na takie książki, ale nie mogłam się powstrzymać…

Chciałam Wam jeszcze napisać parę słów na temat mojego wypadu do teatru – wreszcie udało mi się dotrzeć na „Rozmowy z diabłem” w Teatrze Stu – ale ta notatka będzie przez to okrutnie długa. Powiem więc tylko, że jestem zachwycona i nie żałuję wydania ani grosza. Sam nastrój jaki panował w trakcie przedstawienia spowodował, że miałam wrażenie uczestniczenia w dziejących się na scenie rzeczach – a to chyba najważniejsze we współczesnym teatrze.

Cóż, na dzisiaj tyle i mam nadzieję, że uda mi się pisać częściej, a za to mniej chaotycznie. Jeśli czytacie coś ciekawego koniecznie polećcie mi to w komentarzach! :)

Trylogia Igrzyska śmierci

Zacznijmy od tego, ze fenomen trylogii „Igrzyska śmierci” wybuchł troszeczkę przed pojawieniem się filmu w kinach. Książka znana była już dłuższy czas i zataczała coraz szersze fanowskie kręgi. Jej pierwszy egzemplarz, a raczej 10 stron „próbnika” z Nowej Fantastyki otrzymałam zaraz po wydaniu. Wszystko oczywiście w ramach promocji. Wtedy Igrzyska śmeirci nie przypadły mi do gustu. Pierwszym powodem było to, ze strony które otzrymałam były strasznie dziecinne. Wydawało mi się, że w brutalnej rzeczywistości dzieje się zbyt mało brutalnych rzeczy. Kolejnym minusem było to, że wydawca twierdził, ze oferuje pierwsze 10 stron. A tak naprawdę dostałam fragment gdzieś z połowy książki, może trochę wcześniej. Wtedy tego nie wiedziałam. Możecie sobie wyobrazić moje zdziwienie, że początek jest w sumie środkiem historii i nie mamy ani fragmentu retrogresji która wyjasniłaby co się wokół dzieje.

Potem Igrzyska odniosły sukces, a ja spotkałam się z nimi dopiero w postaci filmu, który obejrzałam w przerażajaco beznadziejnej jakości i który wydawał mi się bardzo dobry, ale jakoś nie zostałam ogromną fanką Igrzysk.

Dopiero jakies trzy tygodnie temu zakupiłam cały pakiet trylogii i mnie wciągnęło. Wsiąkłam do tego stopnia co w Harrego Pottera, Grę o tron czy Doctora Who. Na czym polega fenomen Igrzysk śmierci?

Zacznijmy od pomysłu. Jest on znany już w wielu innych miejscach, ciężko by było zaskoczyć czytelnika czymś naprawdę nowym. Ten sam motyw – brutalniej i przerażająco rozbudowany znajdujemy w mandze Battle Royale. Pomysł podobny, choc nie identyczny: Przyszłość. Zdegenerowane społeczeństwo zapewnia sobie rozrywkę przez oglądanie na żywo jak na wyznaczonym terenie zabijają się dzieci. Głowny bohater musi przeżyć. Ewentualnie kilkoro z nich. Tym razem jest coś nowego, ktoś zmienia reguły gry, inne zakończenie.

Wszystko to już znamy w wersji Battle Royale – bardzo brutalnej i niesprawiedliwej. A jak to jest z Igrzyskami?

Faktycznie należy wziąć poprawkę, ze książka jest przeznaczona dla młodzieży. Co oznacza, że nie może być aż tak brutalna.

Pierwsza część Igrzysk jest po prostu mdła. I to strasznie. Dość dużo pokrywa się z filmem, niewiele czeka nas zaskoczeń. Mimo to czyta się ją bardzo dobrze, a przeżycia głównej bohaterki są bardzo… racjonalnie opisane. Wręcz mam wrażenie, że ona zawsze wie co zrobić. ALE! potem końcówka nie jest happy endem i okazuje się, że gra trwa nadal.

Druga część jest po prostu fenomenalna. I piszę to z całego serca, już po ochłonięciu. Kunsztownie napisana. Bardzo dobra. Pełna cliffhangerów jakich w życiu się nie spodziewacie. Nie oglądajcie broń boże żadnych zwiatsunów do filmu – po prostu przeczytajcie. To naprawdę fenomen, szczególnie jeśli chodzi o główną bohaterkę – ale o tym później. Książka jest tak pełna akcji, że trudno się oderwać. I do samego końca nie wiedziałam jak się zakończy.

Oczywiście zakończenie nie do końca przypadlo mi do gustu, ale cóż – była jeszcze trzecia część. I tu się ogromnie zawiodłam. Po tak wspaniałych rozgrywkach jakie miały miejsce w drugiej części spodziewałam się totalnego odlotu w trzeciej. Niestety trzecia część to wojna, ale zwykła partyzantka. Jest naprawde nudna, nużąca. Po takiej akcji w dwójce, trójka jest zbyt ustabilizowana. Niczym nie zaskakuje. Czytało mi się z ogromnym trudem. Najgorszy był koniec. Jakby coś „popsuło” tłumacza. Niektóre zdania byly tak pokręcone że dopiero przed ostatnimi stronami zdałam sobie sprawę kto umarł 20 stron wcześniej (nie będę Wam spoilerować). Oczywiście na końcu nie całkiem happy end. Zakończenie nawet dobre, ale już nie w stylu, który obiecuje druga część. Trochę się zawiodłam, ale nim przebrnęłam przez Kosogłosa to było mi już wszystko jedno.

Książka opiera się na tym samym schemacie co trylogia nocarska M. Kozak: dobry, zły (tutaj spornie, Katniss nie jest zła ale walczy co można podciągnać pod renegata) i nikt. Ostatecznie Katniss ląduje na tej samej pozycji co główny bohater Kozak, tylko ją zostawiają wszyscy w spokoju.

Wydaje mi się, że warto przeczytać Igrzyska, choćby dla samej drugiej części, która jest popisem umiejętności autorki.

A teraz wracając do Katniss. Jaki jest fenomen tej bohaterki? Ostatnio na facebooku przyznałam że Igrzyska są lepsze od sagi Piesni Lodu i Ognia G.R.R.Martina.

I są, bo mają Katniss! To bohaterka jakich mało w literaturze, ponieważ jest normalna. Ciągle spotykacie nowych bohaterów, na przykład w serialu Doctor Who, Doctor spotyka ciągle nowych towarzyszy. To zwykli ludzie, a nie żołnierze z Iraku. W związku z tym w jaki sposob oswajają się ze smeircią tych wszystkich ludzi? W każdym odcinku ktoś ginie! Ktoś znany mniej lub bardziej, ale te śmierci jakby zupełnie nie oddziałują na podróżników TARDIS. Tylko Doctor czasami się przejmuje, ale to jest Doctor, ja bym mu nie ufała :D

U Martina jest podobnie. Mało który bohater przejmuje się czymkolwiek. Nikt nie ma traumy. Nikt nie ma urazów psychicznych. Nikt nie oszalał (no, może Tyrion trochę, ale szybko mu przechodzi). Katniss jest normalną dziewczyną i to w niej lubię. Przeżyla Igrzyska – budzi się po niocach z krzykiem, musi brać psychotropy. Po drugiej części jest tak zdezorientowana, ze ma pare tygodni wyjętych z życia! Jest wrakiem człowieka! I to jest w tym piękne, że tak głęboko przeżywa wszystko wokół, że potrafi się i załamać i podnieść się. To bohaterka jakiej młodzi czytelnicy nie dostają zbyt często. Ona potrafi powiedzieć wprost: „nie wiem co zrobić. Boję się. Nie chcę umierać. Boję się bólu.”

Bardzo fajnie rozegranym smaczkiem w książkach Collins, jest jeszcze to, że nigdy nie ma wyjścia. Mamy podaną sytuację i kurczę no nie znajdujemy z niej wyjścia! Trzeba umrzeć! Albo zrobić coś czego nei chcemy! Mozemy kombinować co się zaraz stanie ile chcemy – i tak nic nie wymyslimy. I po paru stronach meczenia się – światełko w tunelu. Collins specjalnie „zapomina” nam powiedzieć o niektórych rzeczach dziejących się w Panem, byśmy nie mogli znaleźć rozwiązania. I tym podstępnym chwytem sprawia, że przeżywamy poczucie beznadzieji i bezsilności razem z bohaterami. To jest najlepsza i najsprytniejsza zagrywka jaką mogła wymyśleć.

Uf, rozpisałam się, ale warto było. I warte jest byście sięgnęli po tę trylogię.

Jak dla mnie: 9/10 punktów. Gratulacje pani Collins!